wtorek, 23 czerwca 2015

Jacek Wróbel - Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina - Fragment

Jacek Wróbel Cuda i Dziwy Mistrza Haxerlina 

Nie wszystko złoto, co się świeci


Mistrz Haxerlin przebudził się pełen dobrych myśli. Miarowe skrzypienie kół zawsze działało na niego kojąco. Przetarł oczy, przeciągnął się, aż strzyknęło w kościach i westchnął z rezygnacją, gdy napotkał wyzywające spojrzenie woźnicy. – Znowu zaczynasz? Zdejmij to, wyglądasz naprawdę głupio. – Nie zdejmę, panie Haskerlin. Jona Piętka, a raczej Kordak, bo takie chlubne miano miał nosić podczas podróży, mocniej ścisnął lejce i na znak sprzeciwu przybrał groźną minę. Grymas mógłby nawet kogoś przestraszyć, gdyby nie słomkowy kapelusz naciągnięty prawie na same oczy niczym pierwszy w historii łatwopalny szyszak. – Haxerlin. Zdejmij, bo… – Nie zdejmę, pedziałem już. Tak mnie ciężej poznają. Farbowany Kordak miał w zwyczaju ułatwiać sobie życie, a do takich ułatwień zaliczało się między innymi szybkie mówienie i okazjonalne skracanie słów mających więcej niż cztery sylaby. – Właśnie o to chodzi, że mają cię rozpoznawać. Na tym wszystko się opiera, Jona. Zapomniałeś? – A nie starczy dopiero w Pękisku, panie Haskerklin? Jeszcze mnie od tamtego boli. – Zasłonił twarz rondem kapelusza, bo właśnie z naprzeciwka nadchodziła grupka podróżnych, rzucających mu ciekawskie spojrzenia. Mimo kamuflażu siniaki na policzkach Jony i tak rzucały się w oczy.
To nie moja wina, tłumaczył sobie Mistrz Haxerlin, że nie znam za dobrze lokalnego folkloru. Poza tym to tylko mała niedogodność. Jest przecież i pozytywny akcent – Piętka na własnej skórze może przekonać się o różnorodności ludzkich wierzeń i obyczajów. Chciał zobaczyć świat, prawda? Powinien się cieszyć, że darowałem mu nieustanne noszenie Objęć Goryczy. Kordak, jak na bohatera przystało, cieszył się dużą renomą wśród prostaczków, którzy zawsze chętnie słuchają opowieści o krwi, chwale i podbojach – najlepiej takich, których akcja dzieje się daleko od ich wiosek i nie wspomina się o kuzynach z północy. Niektórzy nosili w sercach mit Kordaka Potężnego, inni Kordaka Zabójcy, a jeszcze inni Kordaka, Syna Burzy. Pech chciał, że na terenach Przygranicza, jakie przemierzali w drodze do Pękowiska, wciąż żywa była legenda Kordaka Pokornego. Podobno kiedyś wojownik zatrzymał się w jednej z karczm Przygranicza, gdzie zamiast chwili wytchnienia znalazł awanturującego się mężczyznę, niejakiego Agnusa. Agnus dzielnie walczył o pozycję najbardziej znanej miejscowej szumowiny, korzystając z całego wachlarza sprawdzonych środków: bił żonę, bił żonę sąsiada, pożyczał pieniądze na wieczne nieoddanie, sypiał nago w przydrożnych rowach. Kordak zastał go w chwili, kiedy nicpoń wykłócał się z karczmarzem o kolejny kufel piwa. – Uspokój się, dobry człowieku, pragnę odpocząć po trudach podróży – napomniał Agnusa. – Ta? A kto ty jesteś, może wielki Kordak? – zaśmiał się chrapliwie pijaczyna. – Nie będzie mi żaden przybłęda mówił, co mam robić! – Po czym z całej siły uderzył bohatera w twarz. Wojownik przyłożył dłoń do policzka, spojrzał z wyrzutem na mężczyznę i odrzekł spokojnie: – Tak, stoi przed tobą Kordak. Na znak, że nim jestem, zachowasz głowę. Na dźwięk tych słów Agnusa wnet opuściło upojenie, a gdy dotarło do niego, co zrobił, padł na kolana i gorliwie dziękował za okazaną łaskę. Jedna wersja opowieści mówi, że po spotkaniu z Kordakiem pijus odmienił swój marny los, stał się przykładnym obywatelem, a pod koniec żywota wstąpił do Braci Litościwych. Druga – że jeszcze tego samego dnia obłąkany kowal roztrzaskał mu kolana młotem. Prawda zapewne leży pośrodku, jak lubił powtarzać Mistrz Haxerlin. Tyle historii. Na pamiątkę minionych wydarzeń w Przygraniczu utarł się zwyczaj, że gdy w okolicy znowu przejazdem pojawiał się Kordak, poczciwe dusze witały go symbolicznym policzkiem, by zadośćuczynić tradycji. Patrząc na posiniaczoną twarz Jony można było odnieść wrażenie, że miejscowi określenia „symboliczny” używali zamiennie z „prawy sierpowy”.
 Podobno rytuał zainicjował sam Kordak, by uzmysłowić ludziom, że nawet wielcy bohaterowie są zdolni są wybaczyć i zapomnieć o zranionej dumie, co świadczyć ma o czystości ich serc i dystansie do małostkowych sporów. Zdaniem Mistrza Haxerlina świadczyło to raczej o niezdrowej fascynacji bólem. Tym bardziej, że po serii podobnych incydentów biedny Jona stracił początkowy entuzjazm, jakim kipiał w Blumbergu, kiedy Haxerlin pomachał mu przed oczami nabitą sakiewką i przedstawił plan złapania nimfy. Teraz powoli przeistaczał się z wesołego kompana w pełnego pretensji najemnika. To dlatego Jona uparł się na ten przeklęty kapelusz. Miał się dzięki niemu nie rzucać w oczy, dopóki nie dotrą do Pękowiska. A powinien się rzucać, tego wymagał od niego Haxerlin. Lecz jednocześnie rozumiał obawy towarzysza: jeszcze kilka symbolicznych policzków, a legendarny bohater zyska przydomek Bezzębny. Inna sprawa, że w przypadku aparycji Jony na niewiele zdawała się jakakolwiek charakteryzacja. Obecnie wyglądał po prostu jak Kordak na wakacjach. Mistrz Haxerlin dźwignął się z trudem z posłania na tyle wozu i usadowił na koźle. Jona był faktycznie uderzająco podobny do opiewanego w pieśniach bohatera. Blisko dwa metry wzrostu, szerokie bary i kruczoczarne włosy opadające aż do ramion. Nawet blizna na lewym policzku prezentowała się niemal identycznie jak ta, którą podziwiać można na płótnie Wyzwolenie Północy w volendurskim Muzeum Pamięci. W przypadku Jony co prawda rany nie zadał szpon harpii, ale jego luba, krawcowa Helen, która – jeśli wierzyć słowom nieszczęśnika – nożycami władała nie gorzej niż bestia pazurami.
Tego i wielu innych rzeczy dowiedział się Haxerlin, kiedy osuszali wspólnie kufle w gospodzie Pod Spragnionym Dzikiem i kiedy zamiast pakować resztki dobytku i uciekać z miasta, Mistrz postanowił przyjąć propozycję barona Schultza. Mogłem uciec, to nie byłoby nic nowego, westchnął w duchu. W Blumbergu, kiedy pierwszy raz zobaczył Jonę Piętkę, dłubiącego przy drewnie w małym zakładzie kołodzieja, trybiki w jego głowie zaczęły pracować pełną parą. Plan krystalizował się z każdą kolejną minutą spędzoną w towarzystwie Jony. Dlatego po wizycie w karczmie i odbyciu dłuższej rozmowy z Helen porzucił myśl o dyskretnym zrezygnowaniu z gościny barona i przygotował się do wyprawy. Jon był zadowolony, bo mógł zobaczyć kawałek świata i przynajmniej na jakiś czas znaleźć się poza zasięgiem nożyc żony, a Helen przymilnie uśmiechała się na widok sakiewki, jaką Haxerlin zostawił w ramach zaliczki. Nawet machała im na pożegnanie i dobry kwadrans odprowadzała wzrokiem, ale Jona twierdził, że więcej wspólnego miało to z upewnieniem się, czy aby na pewno odjechał, niż z wyrazem uczucia i tęsknoty. Wtedy wszystko zapowiadało się doskonale. Jednak teraz, gdy byli w drodze już szósty dzień i nieuchronnie zbliżali się do Pękowiska, wątpliwości zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu. Owszem, Jona śmiało mógł uchodzić za Kordaka – dopóki się nie odzywał, nie chwytał za miecz i nie stroił fochów. Najlepiej gdyby po prostu stał i robił dobre wrażenie. Trudno jednak o dobre wrażenie w słomkowym kapeluszu. Sprawianie pozorów było jednak sposobem na życie Mistrza Haxerlina i plan schwytania nimfy w głównej mierze na tym się opierał. – Zmienię cię. Przebierz się i przećwicz swoją kwestię. – Haxerlin przejął lejce. – Tylko teraz prawidłowo. – Staram się, panie Haskerlin – odparł naburmuszony Kordak, przechodząc na tył wozu. – Ale to trudno spamiętać. – Haxe… a zresztą – westchnął Mistrz cierpiętniczo.
Nie wątpił, że w życiu jego towarzysza bywały i takie dni, kiedy zapominał, jak się nazywa ta świecąca kula na niebie. Podciągnął rękawy purpurowych szat, by lepiej mu się powoziło, i wbił spojrzenie w opadający łagodnie ku dolinie trakt.

2 komentarze:

  1. Ciężko się czyta taki blok tekstu... nie da się rozdzielić akapitów?

    OdpowiedzUsuń
  2. Taki tekst nie mój,więc nie chcę ingerować w skład... , ale porobiłam kilka akapitów żeby było wygodniej.

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...